Są dwa momenty, w których pary odkładają sesję narzeczeńską na później. Pierwszy przychodzi w październiku, kiedy robi się szaro i pojawia się myśl, że teraz to już nie ma sensu. Drugi w styczniu, po zaręczynach w święta, i brzmi tak samo: zrobimy to na wiosnę, jak zrobi się ładniej.
Rozumiem ten odruch i mimo to warto go przemyśleć. Chłodna połowa roku nie jest gorszą porą na sesję narzeczeńską. Jest inną porą, z zaletami, których w maju nie ma, i z trzema konkretnymi problemami, które da się rozwiązać, jeśli się o nich wie wcześniej.
Ten tekst jest o tym, jak ją rozegrać. Jeśli szukacie raczej tego, po co w ogóle jest taka sesja i jak przebiega, to opisałem to osobno na stronie o tym, jak wygląda sesja narzeczeńska.
Co daje pora, w której nikt nie robi sesji
Światło jest niskie przez cały dzień. Latem dobre światło trwa godzinę przed zachodem, a w środku dnia słońce stoi wysoko i rzuca cienie pod oczami. Od listopada do lutego słońce nie wchodzi wysoko w ogóle. To znaczy, że miękkie, boczne światło macie praktycznie od rana do popołudnia, a nie w jednym wąskim oknie.
Nie ma tłumów. To brzmi błaho, dopóki nie stanie się w kolejce do ładnej alejki w Łazienkach w majową sobotę. W listopadzie te same miejsca są puste, a puste tło wygląda zupełnie inaczej niż tło pełne ludzi z telefonami.
Szara pogoda to nie jest zła pogoda. Pochmurne niebo działa jak jeden wielki rozpraszacz światła: nie ma ostrych cieni, nie trzeba mrużyć oczu, twarze wychodzą równo. Zdjęcia mają wtedy stonowany, spokojny charakter, a nie pocztówkową jaskrawość.
Każdy miesiąc wygląda inaczej. Październik to jeszcze kolor i liście pod nogami. Listopad to gołe gałęzie, mgła i grafika samych kształtów. Styczeń i luty to szarość, która brzmi jak wada, a działa jak jednolite tło, na którym twarze są jedyną rzeczą do oglądania. To nie jest jedna pora roku, tylko cztery różne scenerie.
Takie kadry są rzadkie. Większość sesji narzeczeńskich w Polsce powstaje między majem a wrześniem i wszystkie wyglądają podobnie: zieleń, słońce, lekkie ubrania. Wasze będą się od nich różnić samą scenerią.
Śnieg traktujcie jako bonus, nie jako plan. Jeśli spadnie, rozjaśnia kadr od dołu i robi tło z niczego, ale data ustalona miesiąc wcześniej ma z nim tyle wspólnego, co rzut monetą. Jedyny sposób, żeby go złapać, to umówić się na krótki termin i wyjść w ciągu dwóch, trzech dni od opadu, zanim śnieg zszarzeje. Wymaga to elastyczności po obu stronach. Sesja bez śniegu, w szarym lutym, też jest dobrą sesją, tylko daje inny zestaw zdjęć.
Trzy rzeczy, które trzeba rozwiązać
Nie będę udawał, że ta pora jest bezproblemowa.
Pierwsza: dzień jest krótki. W okolicach przesilenia w Warszawie słońce zachodzi przed wpół do czwartej. To nie jest drobiazg przy planowaniu, bo cała sesja musi zmieścić się w środku dnia.
| data | słońce zachodzi w Warszawie |
|---|---|
| 15 października | 17:42 |
| 1 listopada | 16:07 |
| 15 listopada | 15:44 |
| 1 grudnia | 15:27 |
| 21 grudnia | 15:25 |
| 15 stycznia | 15:53 |
| 15 lutego | 16:49 |
| 1 marca | 17:15 |
Największy skok w tej tabeli nie jest dziełem astronomii. Między połową a końcem października cofamy zegarki i wieczór znika z dnia w jedną noc. Kto planuje sesję na przełomie tych tygodni, powinien sprawdzić datę zmiany czasu, zanim ustali godzinę.
Wniosek praktyczny: od listopada do stycznia sesja zaczyna się wczesnym popołudniem, a nie o siedemnastej. W lutym robi się wyraźnie łatwiej, bo dzień urósł już o godzinę.
Druga: zimno. Człowiek, któremu jest zimno, wygląda na zdjęciu dokładnie tak, jak się czuje. Skulone ramiona, napięta twarz, czerwony nos. Żadna obróbka tego nie naprawi, bo to nie jest kwestia koloru, tylko postawy.
To akurat jest problem organizacyjny, nie fotograficzny, i rozwiązuje się go planem:
- Krótsze wyjście zamiast długiego. Lepiej działa godzina konkretnej pracy niż trzy godziny chodzenia po mrozie.
- Ciepłe rzeczy pod spodem i w bagażniku. Kurtka, w której przyjechaliście, wraca na Was między jednym a drugim miejscem.
- Miejsce z ciepłym punktem. Kawiarnia, samochód, cokolwiek, do czego można wejść na dziesięć minut i odtajać.
- Rękawiczki, których nie widać na zdjęciach. Brzmi jak drobiazg. Dłonie marzną pierwsze, a na sesji narzeczeńskiej dłonie są w kadrze bez przerwy.
Trzecia: to, co pod nogami. Jesienią mokra trawa i błoto, zimą lód i sól. Chodzimy naprawdę, a nie stoimy w jednym punkcie, więc to ma znaczenie dla wyboru miejsca i dla butów. Park po deszczu bywa nie do przejścia w rzeczach, w których chcielibyście się pokazać. Dlatego przy takich terminach częściej proponuję trasę po twardym: bruk, molo, dziedziniec, aleja z nawierzchnią.
Wnętrza to też sesja, nie plan awaryjny
Poza sezonem wnętrze przestaje być rozwiązaniem zastępczym na wypadek deszczu i staje się osobnym pomysłem.
Wasze mieszkanie jest tu lepszym tłem, niż myślicie. Kuchnia w niedzielny poranek, kawa, pies, który wchodzi w kadr, bałagan, który do Was należy. Takie zdjęcia starzeją się zupełnie inaczej niż plener, bo za pięć lat to mieszkanie będzie już wspomnieniem, a nie adresem.
Poza domem działają miejsca, w których i tak bywacie: kawiarnia, w której zawsze siadacie przy tym samym stoliku, hala targowa, księgarnia, kryta pływalnia, jeśli pływacie. Zasada jest ta sama, co przy plenerze: miejsce, które coś dla Was znaczy, zawsze wygrywa z miejscem, które ładnie wygląda na Pintereście.
Wnętrza mają jeszcze jedną zaletę o tej porze roku. Nie zależą od pogody ani od godziny zachodu, więc terminu nie trzeba przesuwać w ostatniej chwili.
Co ubrać, żeby nie wyglądać jak na wyprawie
Nie będę tu powtarzać zasad, które opisałem przy samej sesji. Od października dochodzą do nich trzy rzeczy.
Warstwy zamiast jednej grubej kurtki. Puchowa kurtka po kolana grzeje najlepiej i jednocześnie zabiera całą sylwetkę. Sweter, płaszcz, szalik dają ciepło i zostawiają kształt.
Buty, w których da się chodzić po nierównym i mokrym. To jest jedyna rzecz z tej listy, na której naprawdę nie warto oszczędzać. Reszta stroju wybacza, buty nie.
Coś, co dodaje koloru. Listopad i luty są szare, a stonowane barwy, które lubię, w połączeniu z szarym tłem potrafią zrobić kadr całkiem bezbarwny. Jeden mocniejszy akcent, szalik albo czapka, wystarczy.
Kiedy to zrobić, jeśli bierzecie ślub latem
Sesja poza sezonem ma sens także wtedy, a nawet zwłaszcza wtedy.
Jeśli Wasze wesele jest w czerwcu albo w sierpniu, to zdjęcia z tego dnia i tak będą zielone i słoneczne. Sesja jesienią albo zimą daje Wam drugi, zupełnie inny zestaw kadrów, zamiast powtórki tej samej scenerii miesiąc wcześniej.
Jest też powód czysto praktyczny: zdjęcia z sesji trzeba zdążyć wykorzystać przed ślubem, a druk i przygotowania mają swoje terminy. Sesja w listopadzie albo w lutym daje na to spokojnie czas. Sesja w maju, przy ślubie w czerwcu, już niekoniecznie.
Do czego te zdjęcia przydają się przed ślubem, od zaproszeń po tablicę powitalną, opisałem osobno: co zrobić ze zdjęciami z sesji narzeczeńskiej.
A jeśli nie macie jeszcze fotografa na sam ślub, to jest dokładnie ten moment, w którym warto się tym zająć. Napisałem osobno o tym, kiedy rezerwować fotografa, bo terminy w sezonie schodzą wcześniej, niż większość par się spodziewa.
Najczęstsze pytania
Czy jesienią i zimą da się zrobić dobrą sesję na dworze? Tak, i to bez śniegu ani złotych liści. Trzeba tylko zacząć wcześniej niż latem, bo dzień jest krótszy, i zaplanować, gdzie się ogrzać.
Który miesiąc jest najlepszy na sesję poza sezonem? Październik i luty są najłatwiejsze, bo dzień jest jeszcze albo już dość długi. Listopad daje najbardziej charakterystyczne kadry, mgłę i gołe gałęzie, ale wymaga zaczęcia zaraz po południu.
O której zaczynać sesję o tej porze roku? Od listopada do stycznia wczesnym popołudniem, bo słońce zachodzi około wpół do czwartej. W lutym można zacząć godzinę później, w październiku dwie.
Co, jeśli akurat nie będzie śniegu? Robimy sesję bez śniegu. Szara, pochmurna pogoda daje bardzo równe światło i spokojne kadry, a to jest zaleta, nie kompromis.
A jeśli będzie padać? Deszcz zmienia plan, nie odwołuje sesji. Zostają wnętrza, podcienia i parasol, który jest lepszym rekwizytem, niż się wydaje. Termin przesuwamy tylko wtedy, kiedy pogoda robi się naprawdę nie do wytrzymania.
Czy da się zrobić sesję w mieszkaniu? Da się i o tej porze roku jest to dobry pomysł, a nie plan awaryjny. Wasze mieszkanie ma tę przewagę nad każdym plenerem, że jest Wasze.
Ile trwa sesja jesienią albo zimą? Krócej niż letnia i tak jest lepiej. Godzina rzeczowej pracy daje więcej niż trzy godziny marznięcia.
Czy takie zdjęcia nadają się na zaproszenia? Tak, i mają tę zaletę, że nie wyglądają jak wszystkie inne. Ważniejsze jest to, czy zdążycie z drukiem, więc liczcie termin od tyłu.
Na koniec
Chłodna połowa roku jest porą, którą pary wykreślają odruchowo, i to jest jedyny powód, dla którego sesji poza sezonem jest tak mało. Krótszy dzień, zimno i błoto to są problemy do rozwiązania, a nie powody, żeby czekać pół roku.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda sesja narzeczeńska od strony przebiegu, miejsc i kosztu, wszystko jest na osobnej stronie.